Jakub Jakubaszek

Desant betonowych domów. Krótka historia osiedla Za Żelazną Bramą

Grzybowska

Osiedle Za Żelazną Bramą, po półwieczu chyba już oswojone, nazywane było eksperymentem społecznym – zbyt wielkim, wpisanym obco w przestrzeń miasta, zdehumanizowanym. Na mieście przedwojennym, żywym jeszcze w pamięci, oznaczało gwałt. Niemniej jednak w otoczeniu „obniżającego walory mieszkalne, stypizowanego budownictwa wielkopłytowego”1 mogło wyróżniać się pozytywnie, przeto bywało doceniane, spotykało się z uznaniem, a w dyskursie propagandowym czyniono z niego powód do zadowolenia i dumy.

Duch podobnej retoryki zdaje się przenikać ostatnią scenę komedii Człowiek z M-3 (1968, reż. Leon Jeannot), w której Tomasz Piechocki (Bogumił Kobiela), pełen optymizmu w związku ze spodziewanym przydziałem mieszkaniowym, stoi na nasypie i ponagla próżnujących robotników. „Za dwa lata, już, tak prędko?” – z rozbrajającą prostodusznością wtóruje mu Basia Lasoń, od niedawna Piechocka (Wanda Żejmo-Naczaj), ubrana w letnią sukienkę i białe podkolanówki: dziecko jeszcze, choć pociągająca; dobrotliwa, niczym nie skażona i może tylko trochę rezolutna. Żwawym krokiem przedziera się przez ten księżycowy krajobraz, pustynię w centrum miasta, którą przepełnia hałas pracujących maszyn i nad którą góruje rosnące w oczach osiedle – znak cywilizacji. Ćwierć wieku upłynęło, odkąd dwa ostatnie powstania świadkowały obróceniu w Warszawy w perzynę; śladów po tym nie ma żadnych, nawet takich podanych nie wprost.

Cywilizacja ta buduje, nie rozpamiętuje, spogląda w przyszłość, nie przeszłość; komedyjka jest lekka, w żadnym razie gorzka. Na systemowe patologie, jakże błahe w tym wydaniu, Jeannot patrzy z przymrużeniem oka, jowialnie, pobłażliwie: omyłka w związku z przydziałem to w końcu nic takiego, strofowany robotnik też nie odpowie niczym naprawdę obraźliwym. Ale w przededniu gierkowskiej dekady za wcześnie na śmiech Stanisława Barei. „Przerwa na piwko” jest wobec dynamicznie postępującej budowy równie blada jak jęknięcie Piechockiego, że przecież „nam się śpieszy”. W tych słowach doskonale wyraża się postawa bohatera – co rusz, na skutek niecierpliwości, prowadzonego na manowce i oddalanego od osobistego szczęścia. Wszak możemy – i powinniśmy – zaczekać. Mamy na co.

Być może właśnie w tym tkwi paradoksalna siła Jeannotowskiego spojrzenia. Dwa lata to wciąż tempo ślimacze i tylko tonacja nie dość sarkastyczna. Inna sprawa, że Człowiek z M-3 kończy się sielankowo (i nie zmienia tego nieledwie defetystyczny głos komentarza, zwiastujący raczej nowe perypetie niż początek końca radości), jakkolwiek sielanka z koparką w tle pozostaje dosyć dziwaczna.

Czas przeszły i przyszły

Ale nie wybiegajmy myślami zanadto w przód; raczej cofnijmy się na chwilę do roku 1961. Drugi przełom w dziejach polskiej architektury powojennej – odejście od realizmu socjalistycznego – już się dokonał. Powracającą stylistykę modernistyczną szybko zaadaptowano na nową architektoniczną dyrektywę. Warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą (1965–72) jest tego przykładem nie tylko symptomatycznym, lecz także szczególnym. Jego historia formalnie zaczyna się wraz z rozstrzygnięciem SARP-owskiego konkursu nr 332 na zagospodarowanie zachodniej części Osi Saskiej, w którym zwycięska okazała się awangardowa koncepcja Jana Furmana, Jerzego Czyża, Jerzego Józefowicza i Andrzeja Skopińskiego. Formalnie, bo tak naprawdę sięga przecież głębiej w przeszłość.

Przed II wojną światową w miejscu przewidzianym pod budowę osiedla Za Żelazną Bramą znajdowała się gęsta, zwarta zabudowa wschodniej części Woli i zachodniego Śródmieścia; obszar ten w dużej mierze zamieszkiwali konserwatywni Żydzi („te ulice” Singera). Na mocy decyzji z 12 października 1940 roku włączono go do getta, a u schyłku działań wojennych, w ramach systematycznego unicestwiania stolicy, doszczętnie zrównano z ziemią. Pozostał nieuporządkowany właściwie aż do lat sześćdziesiątych – podjęto się wtedy jego kompleksowej rewitalizacji. W międzyczasie warszawianie ochrzcili zrujnowany teren mianem „dzikiego zachodu”, co wcale nieźle odnosi się i do panującego tutaj chaosu urbanizacyjnego, i do złej sławy niebezpiecznych rubieży między ulicami Towarową i Marchlewskiego (obecnie aleja Jana Pawła II) oraz Alejami Jerozolimskimi. Pierwszym zorganizowanym planem urbanistycznym, a jednocześnie pierwszą tak poważną ingerencją w przedwojenną tkankę tej części miasta, było wytyczenie w drugiej połowie lat pięćdziesiątych odcinka trasy N–S, co prawda projektowanego jeszcze przed rokiem 1939, ale wykonanego w zupełnie nowych realiach.

Budowa ulicy Marchlewskiego miała swe znaczenie symboliczne: poprowadzenie sztucznej, dwujezdniowej arterii, która powinna skomunikować Żoliborz z Mokotowem, określało wszak stosunek do pamięci historycznej o znajdującym się tutaj małym getcie (w ogóle o dużej części miasta przedwojennego), zwłaszcza w obliczu prowadzonej równolegle polityki rekonstrukcji lub pseudohistorycznej fikcji architektonicznej w staromiejskiej części Warszawy. Druga sprawa, pod wieloma względami ciekawsza, to brak wyraźnego zainteresowania odbudową przedwojennych kamienic czynszowych, a więc dziewiętnastowiecznej Warszawy robotniczej: czy zadecydowała fantastyczność takiego projektu, ze względów ekonomicznych niewykonalnego? Czy może nowe, gdzie to tylko możliwe review essaywritingtime.com/pay-for-homework/, miało wyprzeć stare, podczas gdy architektura niepamiętająca warszawskich burżua byłaby listkiem figowym zapewniającym namiastkę ciągłości historycznej – z pominięciem drugiej połowy dziewiętnastego i pierwszej połowy dwudziestego wieku – przefiltrowanej zresztą przez prawomyślne wyobrażenie o przeszłości? Mówiąc o pomnikach, a dokładniej: o dziełach sztuki upamiętniających jakieś wydarzenia, Eelco Runia nazywa je „fistułami, które łączą i przeciwstawiają sobie te wydarzenia z tym, co tu i teraz”2. Oto najkrócej sformułowana dialektyka miejsc czy nośników pamięci: wprawdzie odniesiona do nieco innego, pozornie swoistego kontekstu (pomnik, dzieło sztuki), ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozszerzyć go o architekturę, będącą pomnikiem lub postrzeganą w ten sposób co najmniej od zarania historyzmu. Podobnie koncepcja miasta jako dzieła sztuki – już to obiektu podlegającego bezinteresownej kontemplacji lub autotelicznego manifestu inwencji artystycznej – przemawia na korzyść tej analogii; ponadto funkcjonalizm uwznioślił przedmioty codziennego użytku, w tym budynki mieszkalne3. W przypadku warszawskim nawiązanie do przedwojennego projektu niewątpliwie oznacza zadzierzgnięcie więzi z przeszłością; wszelako nowy system, silnie podkreślający swe rewizjonistyczne zapędy, musiał przecież kreować wyraźną opozycję przeszłości i teraźniejszości, bodaj nawiązywałby selektywnie do wcześniejszych przedsięwzięć. Szczególnie gdy jego celem nadrzędnym – i obsesją – pozostawała lepsza przyszłość.

Cytując własną notatkę z objazdu po odgruzowywanym mieście (objazd odbył się 12 sierpnia 1954 roku, a Bolesław Bierut uczestniczył w nim osobiście), Józef Sigalin w dwóch zdaniach przytacza stanowisko pierwszego sekretarza KC. „Teren Osi Saskiej – plac Żelaznej Bramy – pora już oczyścić z gruzów; przedstawcie propozycje projektowe” – miał usłyszeć wiceszef Biura Odbudowy Stolicy. O powiększaniu Ogrodu Saskiego w stronę ulicy Chłodnej nie ma natomiast co myśleć, ponieważ „ze względów ekonomicznych, jak i ze względu na kompozycyjną zawartość miasta, nie należy przy projektowaniu zieleni w mieście wychodzić tylko ze wskaźników teoretycznych, lecz opierać się trzeba przede wszystkim na realnych możliwościach i konkretnych potrzebach mieszkańców”4. Za tymi słowami stać może trzeźwa, choć niewyrażona wprost, ocena wartości częściowo uzbrojonych gruntów śródmiejskich, złagodzona dbałością o czynnik kompozycyjny (mało zresztą istotny). Ale słychać w niej również pogłos tezy upowszechnianej począwszy od 1948 roku, zgodnie z którą ekonomika rozbudowy miasta równałaby się jak najintensywniejszej zabudowie przy jednoczesnej redukcji wolnych przestrzeni, uznanych zwyczajnie za zbędne5. Rzucona niby to mimochodem uwaga Bieruta o słusznej likwidacji „kapitalistycznych podwórzy-studni”, a także o znaczeniu zieleni dla „obszernych przestrzeni wewnątrzblokowych” pozwala domniemywać, że decyzja o zagospodarowaniu terenu w zasadzie zapadła już wcześniej. Demontaż kapitalistycznych pozostałości przynajmniej w jakiejś mierze daje też odpowiedź na wcześniejsze pytania związane z hipotetyczną odbudową Woli w jej całościowym kształcie.

Pomiędzy zachowaniem „ciągłości historycznej” (postulat wyraźny w samym pojęciu o d-b u d o w y), o co Sigalin nieraz upomina się w książeczce Nad Wisłą wstaje warszawski dzień, będącej mocno zbeletryzowaną i równie mocno wątpliwą dokumentacją pierwszego piętnastolecia dźwigania miasta z ruin, a perspektywą „budowy Warszawy Socjalistycznej”6, Warszawy nie tyle po liftingu, ile zupełnie niepodobnej do miasta przedwojennego, zachodzi oczywista aporia. Hasło „odbudowy” było w pierwszej kolejności hasłem propagandowym, gdzie indziej martwym; stąd działalność BOS-u ocenia się czasem ostro i bezwzględnie, w skrajnych przypadkach opisuje się ją wręcz jako „ciągłość destrukcji miasta zarówno pod względem materialnym, jak i społecznym”7. Tymczasem nacjonalizacja zrujnowanych terenów nie tylko ożywiła w zbiorowej wyobraźni koncepcję „Warszawy funkcjonalnej” Jana Chmielewskiego i Szymona Syrkusa – nawiasem mówiąc, współtwórców Karty Ateńskiej – lecz nade wszystko stworzyła warunki do jej urzeczywistnienia. Tak się jednak nie stało, tak się stać nie mogło. Od końca lat czterdziestych na tę wizję spadała fala krytyki, a pejoratywne oceny „układów rozluźnionych” jako wytworów rzekomo szkodliwych tendencji dezurbanizacyjnych pojawiały się jedna za drugą. Początkowo zniszczenia wojenne wpływały na wywołanie urbanistycznego ferworu: oto rodziła się szansa na nowoczesne, wielkomiejskie centrum, na uskutecznienie działań, których częścią miało być rozszerzenie założenia Osi Saskiej w obu kierunkach, na Wolę i na Powiśle. „Nagrodzony projekt Czyża, Furmana i Skopińskiego – czytamy w „Stolicy” – zrywa zdecydowanie z historyczną tendencją przedłużania Osi Saskiej za zachód. Rejon konkursu zostanie wypełniony jednorodną kompozycją o odrębnych planach układu przestrzennego”8. Postulowana przez Sigalina „ciągłość historyczna”, już wcześniej kondycjonalna, okazała się mirażem, iluzją. Równocześnie w wyrwie pomiędzy „starą” i „nową” Warszawą zaczęła kiełkować społecznie odczuwana nostalgia.

Na tak przygotowanym gruncie rozbłysną gwiazdy Stefana Wiecheckiego czy Stanisława Grzesiuka, by wymienić tylko dwóch popularnych twórców i czołowych depozytariuszy owej nostalgii. Tej ostatniej nie brak też w piosence Co będzie za Żelazną Bramą? Igi Cembrzyńskiej (słowa Stanisława Wernera), w głównej mierze będącej retrospekcją zbudowaną z utartych, naiwnych klisz.

Tętniące życiem targowisko – jaskinia hazardu i zarazem na poły baśniowy magazyn przedmiotów prozaicznych, a przecież na swój sposób cudownych, gdzie wzbierająca ciżba, zaczepiana zewsząd przez osobliwych kramarzy, tłumnie zaopatruje się w towary najróżniejszego sortu – jawi się jako synekdocha stolicy przedwojennej, hałaśliwej, różnorodnej, swoiście prowincjonalnej. Stolicy koncentrującej się przede wszystkim na handlu:  znajdowało się tu jedno z jego centrów z Gościnnym Dworem, Kercelakiem, pałacem Lubomirskich zaadaptowanym na bazar, wreszcie Halami Mirowskimi w charakterze clous. To jednakże bezpowrotna przeszłość. Niebawem, śpiewa dalej Cembrzyńska, „zamieszkam tutaj razem z tobą, na siódmym piętrze, tam gdzie obłok” i takie przesunięcie z horyzontalnej osi czasu na oś wertykalną architektury grawitującej „ku niebu” – z jednej strony wychodzącej naprzeciw doraźnym potrzebom, z drugiej strony imponującej, a ponadto obiecującej szczęście i dobrobyt – wydaje się typowe. Cóż z tego, że „pamięć wywabia stary warszawski czas”? „Powiedz mi, co wiesz o placu Żelaznej Bramy, a powiem ci, ile masz lat. Działa bez pudła”9 – pisze Stanisław Jankowski w „Życiu Warszawy” niedługo po rozpoczęciu monumentalnej inwestycji. I od razu dodaje, że „dziś na pytanie o plac Żelaznej Bramy wielu młodych ludzi odpowiada: nie wiem, gdzie to jest. Może uda się, by na to samo pytanie zadane w 1968 roku typowa odpowiedź brzmiała: wiem, chciałbym tam mieszkać”. Mimo zbiorowych sentymentów – reglamentowanych, poddanych instrumentalizacji – udział pamięci w rozległym dziele odbudowy uznać należało za przesądzony.

Budowa zespołu olbrzymich, szesnastokondygnacyjnych jednostek mieszkalnych osiedla Za Żelazną Bramą usytuowanych po obu stronach ulicy Marchlewskiego doskonale ten stan odzwierciedla. Niepowiązane z historyczną siatką ulic, wolnostojące bloki stanowią twór zamknięty, nieuzasadniony pod względem historycznym, a przy tym – z racji swego ogromu – łatwo dostrzegalny z wielu punktów miasta. Nie ma w centrum Warszawy żadnych konstrukcji, do których budynki długie na 96 metrów mogłyby jakoś nawiązywać. Wręcz przeciwnie: w sposób zasadniczy zrywają one też z architekturą socrealizmu, która na obszarze śródmiejskim charakteryzowała się przecież ciągłą, przeważnie pięciokondygnacyjną (czyli, paradoksalnie, nawiązującą do urbanistyki z okresu międzywojennego), przyuliczną zabudową z dziedzińcami wewnętrznymi. Aby jednak uczynić ten obraz bardziej kompletnym, powiedzmy o nielicznych zachowanych kamienicach czynszowych, które w okresie budowy osiedla zaadaptowano do zamieszkania, nastawiając się podobno na cztery tysiące nowych lokatorów10. Niepodobna również przeoczyć Hale Mirowskie, zrekonstruowane odpowiednio w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych z myślą o funkcjach użytkowych, a także pałac Lubomirskich, przypadek ze wszystkich najbardziej uderzający. Wymienione tu obiekty, usytuowane w różnych miejscach, niestanowiące zwartego korpusu, zostały raczej przemocą wtopione niż logicznie wkomponowane w krajobraz całego założenia. Przytłoczone zupełnie obecnością wysokościowców i podporządkowane nowemu układowi urbanistycznemu, współtworzą wrażenie dziwnego, niekonsekwentnego mariażu tego, co minione, z tym, co współczesne i przyszłe. Ale tego kontekstu – siłą rzeczy obecnego – stołeczna prasa lat sześćdziesiątych nie porusza, ograniczając się do neutralnych wzmianek o planowanej adaptacji.

Nie tylko forma zespołu mieszkaniowego Za Żelazną Bramą jest szczególna – to samo dotyczy także jego jakości. Wysokościowce zaprojektowane według zasad nowatorskiej techniki monolitycznej (technologia „Stolica” doczekała się poprzednio tylko dwóch realizacji na służewieckim osiedlu prototypów) opierają się na Corbusierowskiej konstrukcji typu pilotis; kondygnacja parterowa jest w całości przeszklona i przeznaczona na cele handlowo-usługowe. Komunikację pionową zapewnia sieć półautomatycznych dźwigów projektowanych na licencji szwedzkiej. „Internacjonalne” pochodzenie prefabrykatów (vide stropy nad piwnicami wylewane na… blokach węgierskich, o czym ówcześni publicyści nie omieszkają wspomnieć11) wpływa na podkreślenie reprezentacyjnego charakteru tego architektonicznego przedsięwzięcia. Prócz tego w każdym budynku zaprojektowano dwa suche piony dla celów ratowniczo-gaśniczych, część przestrzeni wydzielono na potrzeby portierni, przechowalni wózków i tym podobnych udogodnień. Wrażenie ekskluzywności potęgują termoizolacyjne i dźwiękoszczelne ściany działowe („wprawdzie drogie, lecz ze względu na masową produkcję […] oraz oszczędności robocizny na budowie mogą być opłacalne”12). W elewacjach o subtelnie plastycznej powierzchni częściowo zastosowano system okien francuskich. Do pewnego czasu podłogę w lokalach mieszkalnych standardowo wykańczano parkietem.

Gdyby i tego było nie dosyć, dorzućmy jeszcze wizję – pozostającą niestety tylko w sferze planów – bogatej aranżacji obszarów rekreacyjnych między budynkami. „Plastyczne urzeźbienie terenu stwarza zarazem większe możliwości jego wykorzystania funkcjonalnego. Stąd zharmonizowanie naturalnej lokalizacji poszczególnych elementów użytkowych i plastycznych: zjeżdżalnie w formie rynien, dekoracyjne lustro wody w zagłębieniu gruntu […]; oprócz piaskownic i «wybiegów» dla maluchów zaproponowano naturalny tor saneczkowy, labirynty-przeplotnie, boiska i bieżnie, stwarzające notabene również dodatkowe akcenty plastyczne”13.

Ta niezwykła jakość i dbałość o detale, a ponadto żywe zainteresowanie prasy potwierdzają prestiżowe znaczenie projektu, przynajmniej rozumianego jako całość. Rzeczywistość zweryfikowała część pierwotnych planów; uprzedźmy dalsze refleksje i zaznaczmy od razu, że wygoda lokatorów niezbyt długo odgrywała rolę priorytetu. Początkowo w blokach znalazły się wprawdzie mieszkania trzypokojowe, wkrótce jednak ograniczono się do lokali M-2 i M-3 w założeniu nieprzekraczających powierzchni 36–37 m2, co daje do myślenia zwłaszcza w obliczu średniej 46,9 m2 dla polskiej zabudowy miejskiej powstałej w sektorze publicznym w roku 1960 (nie mówiąc o uśrednionych danych zachodnioeuropejskich)14. Precyzyjne dane liczbowe zdają się umniejszać znaczenie osób zamieszkujących osiedle i stłoczonych w budynku w wielkiej liczbie trzystu lub czterystu dwudziestu mieszkań, których indywidualne potrzeby ustępowały ogólnym interesom ekonomicznym15. Idea osiedla mieszkaniowego, o ile wierzyć Stefanowi Nowakowskiemu, nawiązująca do Tönniesowskiej zbiorowości typu Gemeinschaft, idea, która miała połączyć racjonalizację warunków mieszkaniowych z socjalizacją, akulturacją i nauką miejskości w warunkach społeczeństwa (deklaratywnie) egalitarnego16, niepostrzeżenie przeradza się we własną karykaturę.

Co z projektem realizacyjnym? Doprowadźmy tę kwestię do końca. Zgodnie z planem konkursowym dwudziesto- i szesnastokondygnacyjnych obiektów (tych pierwszych w ogóle nie wybudowano) miało być łącznie jedenaście, prócz tego zamierzano zapewnić „szeroki asortyment usług ogólnomiejskich, […] zieleń i garaże, których tak brak w Warszawie”17. Dalsze losy planowanego osiedla przewidzianego najpierw na czternaście tysięcy, a potem na dwadzieścia trzy tysiące mieszkańców toczyły się – wskutek zwycięstwa tendencji do maksymalnego wykorzystania śródmiejskich terenów uzbrojonych – pod hasłem intensyfikacji zabudowy mieszkaniowej przy jednoczesnej redukcji liczby obiektów usługowych. Pociągnęło to za sobą zupełną zmianę koncepcji: jej autorów zmuszono do zmodyfikowania pierwotnej wizji. Ponowne projektowanie trwało aż do 1965 roku. Nie dość intensywna zabudowa okazała się dla ówczesnych władz powodem do ostrych, krytycznych wystąpień. „W efekcie trudnych pertraktacji – powiada Jacek Nowicki nieco anegdotycznie – trzech członków zespołu projektowego wyjechało za granicę, a czwarty zmarł na zawał”18.

Równie istotną ingerencją było wkomponowanie osiedla (na tyle, na ile się dało) w historyczną Oś Saską. W projekcie konkursowym zwraca uwagę przede wszystkim część wschodnia pomiędzy ulicami Królewską i Ptasią: zagęszczona, nieregularna zabudowa nie tylko skutecznie odgradzała osiedle od ulicy Marszałkowskiej i Ogrodu Saskiego, lecz także wchłaniała odbudowany po wojnie pałac Lubomirskich, proponując jednocześnie, aby po drugiej stronie placu Żelaznej Bramy naprzeciw zrekonstruowanego obiektu stanął stały cyrk. Tak radykalna koncepcja musiała spotkać się ze sprzeciwem. W projekcie realizacyjnym doszło do uporządkowania tej części założenia: ostatecznie wysokościowce oflankowały symetrycznie Oś Saską, a sam pałac obrócono w 1970 roku o siedemdziesiąt osiem stopni, dokonując tym samym optycznego zamknięcia Osi od strony zachodniej.

Jeżeli przejrzymy numery „Trybuny Ludu” wydawane w czasie, w którym znaczną część budowy osiedla już zrealizowano, znajdziemy artykuł, którego autor próbuje równocześnie odciąć się od jakichkolwiek ocen przedsięwzięcia i obciążyć twórców pierwotnej koncepcji odpowiedzialnością za wszelkie ewentualne uchybienia:

Zaprojektowano je z dużym rozmachem. Artyści-projektanci chcieli błysnąć. Chcieli po sobie pozostawić jak najlepszą wizytówkę. Osiedle Za Żelazną Bramą miało być prawdziwą perłą wśród stołecznych osiedli19.

Nagromadzenie aspektów niedokonanych musi budzić zainteresowanie – tym większe wobec prób usprawiedliwiania robotników pracujących na budowie, których nie można sądzić ani za „błędy konstrukcyjne”, ani za niedopatrzenia przy organizacji pracy, skutkujących kiepskim wykończenie obiektów, nade wszystko zaś opóźnieniem przy ich oddawaniu do użytku. Twórca tej notatki bez zbędnych dociekań daje do zrozumienia, że wina leży po stronie projektantów, nie wykonawców. Jak widać, awangardowość założenia, sama brzemienna w powikłania wywodzące się z zupełnie innego porządku, nie mogła się obyć bez stosownego komentarza organu partyjnego. Niedługo po Człowieku z M-3 prowizoryczna realizacja, ba, sam zamysł osiedla zrodzony z inżynierii społecznej, stały się zajmującym tematem dla kinematografii.

Komentarze do utopii

Nieprzystawalność sposobu zrealizowania projektu do postulowanych standardów widać choćby w Dzięciole (1970, reż. Jerzy Gruza). Wracającego o świcie Stefana Waldka (Wiesław Gołas) witają bezludne i ponure przestrzenie, spłowiałe, nieuporządkowane trawniki, samotna latarnia zastępująca drzewa. Całość jest monochromatyczna, utrzymana w szaro-brunatnej palecie kolorystycznej, a dwie ludzkie sylwetki kontrastują ze ścianą niebotycznych bloków, która szczelnie zamyka horyzont. Monotonne podziały elewacji wypełniają tło, niejako ciążąc nad kadrem, ale ich geometryczny porządek tworzy raczej wrażenie przygnębiającego chaosu, może nawet pewnej nieuchronności losu, fatalizmu. Waldek jest przecież więźniem, odszczepieńcem, ofiarą (żony, teścia, dyrektora supersamu, swojej neurotycznej osobowości i erotomanii), tytułowym dzięciołem w betonowej klatce. To metafora wielopoziomowa; klatką okazuje się też samo osiedle, blok Waldka. Klaustrofobiczna winda, w której nie sposób swobodnie rozmawiać, podejrzliwa sąsiadka, przed którą bohater do złej gry robi dobrą minę…

W innym ujęciu z góry widać Waldka idącego betonową pustynią: sam w płaskiej, nagiej, nijakiej przestrzeni zdającej się nie mieć końca, przytłaczającej, bezwiednie imitującej krajobraz wręcz postapokaliptyczny, wystawiony jest na infiltrujące spojrzenie. Jakby zdając sobie z tego sprawę, zwalnia kroku, przybiera bardziej odpowiednią postawę. W filmie Gruzy gra masek i póz to jedno. Przecież jednak – to drugie – sam Waldek również staje się podglądaczem co rusz wpatrującym się w okna przeciwległego budynku, w którym toczy się wieczna (nie ma żadnego początku i tylko wizyty inkasenta, w miarę regularne, znamionują jej cykliczność) zabawa, odrealniona (kim jest właściciel lokalu? kto zaprasza?) i naruszająca granice przyzwoitości. „Megabloki, choć całkiem nowe, już zdają się mieć tajemnice”20 – podsumuje to później Jerzy S. Majewski, obrawszy drogę najprostszego wyjaśnienia. Tymczasem luneta używana przez bohatera pozwala mu wejrzeć w świat jednocześnie daleki i bliski, marginalny, wyłączony spod kontroli systemu, ale w pewien sposób przez ten system tolerowany. Świat spóźnionego – a może odwrotnie, może uniwersalnego – karnawału dekadentów, bachiczny, sprzed nastania cywilizacji. Tajemnice osiedla Za Żelazną Bramą czynią zeń w istocie samorządny mikrokosmos, przez który przewijają się dziwacy lub degeneraci (zblazowany lekarz, sanitariuszka-alkoholiczka) i w którym żadna aberracja nie zdumiewa. Monstrualne osiedle, zdaje się mówić Gruza, samo w sobie jest destrukcyjne i desocjalizujące; stwarza warunki do występowania zachowań aspołecznych i do rozkładu więzi międzyludzkich, wreszcie znieczula na sąsiedzkie małe dramaty (egzekucja Waldka, choć iście fantastyczna, odbywa się ze wstrząsającym chłodem). Wzajemne relacje jawią się jako powściągliwe, powierzchowne i szablonowe, brakuje w nich pierwiastka emocjonalnej bliskości. Szczątki rozmów – w gruncie rzeczy podwajające nie tylko nowomowę, do której tak często ucieka się Waldek, lecz także konformizm bohatera w przyjmowaniu ról, ślepe naśladowanie rozmówców – wydobywają na powierzchnię kruchość wspólnych tematów, obcość postaci zdystansowanych wobec siebie. W Dzięciole za jednym zamachem wybrzmiewają dwie kwestie: „zdrowego peerelowskiego odruchu” niknięcia w tłumie oraz fantazji o świecie alternatywnym, ale fantazji tak samo amoralnej i egoistycznej jak obecna rzeczywistość. Nie chodzi tu tylko o to, że marzenie o zmianie nie spełnia się i że bohaterowie nie mają dokąd uciec; istotne, że ten sen został od początku do końca zdeterminowany przez charakter dystopii. Ostatnia scena – przemoczony dzięcioł szamoczący się w wannie – zdaje się zawierać w sobie i gorycz, i diagnozę absurdalnego systemu społecznego, i trywializujący komentarz do wielkiej inżynierii dusz.

Jeśli już mowa o powierzchowności stosunków międzyludzkich, trzeba dodać, że Warszawy zobrazowanej w Dzięciole bynajmniej nie cechuje to, co socjologowie miasta nazywają posybilizmem demograficznym, czyli możliwość selekcjonowania kontaktów społecznych oraz dokonania wyboru opartego na umowie i kalkulacji, związana z bezosobowością i funkcjonalizacją sieci zależności21. Przeciwnie: z perspektywy Waldka widać raczej dotkliwy imposybilizm, niemożność odcięcia się od wąskiego, rodzinno-sąsiedzko-koleżeńskiego grona i uwolnienia się od obsesji prowadzenia podwójnego życia. Wikłając się (często przypadkowo) w kolejne niejednoznaczne sytuacje, Waldek nieświadomie pracuje na swój żałosny koniec. Sentencjonalna uwaga Maxa Webera o tym, że w wielkim mieście ludzie zwykle się nie znają, pobrzmiewa ustawicznie, lecz pod koniec filmu, kiedy niedoszłe kobiety Waldka ni stąd, ni zowąd zjawiają się u niego w mieszkaniu, zostaje wywrócona na nice. W wielkim mieście (socjalistycznym) każdy zna każdego, a mieszkanie spółdzielcze okazuje się przestrzenią najmniej prywatną spośród wszystkich dostępnych. Odrębna sprawa, z czego to wynika: problem tytułowego dzięcioła tkwi w niedostatku odpowiednich kompetencji społecznych i kulturowych, serwilizmie, internalizacja odgrywanych wciąż ról. Z drugiej strony – wyraźnie daje o sobie znać ślepa potrzeba wyrwania się z matni. Wszystkie spojrzenia Waldek kieruje na siebie, bo ani nie potrafi konsekwentnie być sobą, ani nie odnajduje się w obiektywnych realiach.

Wizualny potencjał osiedla Za Żelazną Bramą zauważył również Stanisław Bareja, jakkolwiek nie użył go do wykreowania poszerzonej refleksji filozoficzno-socjologicznej. W Misiu (1980) jedno z mieszkań pełni funkcję tła zobrazowania społecznych dysproporcji (porównajmy warunki bytowania obu głównych bohaterów), wzmocnionego fabularnie klasycznym, choć nie ujętym klasycznie Twainowskim motywem przewodnim. W Poszukiwanym, poszukiwanej (1973) odnajdziemy natomiast scenę zasługującą na szczególną uwagę. Gdy Stanisław Maria Rochowicz (Wojciech Pokora), już w przebraniu, opuszcza jedną z przedwojennych kamienic, znów dostrzegamy górujące nad okolicą masywne wysokościowce. Kontrastują one wymownie z kamienicą niemalże slumsową, osamotnioną, nieotynkowaną (widoczne dziury i odpryski po kulach!), znajdującą się przy mało ruchliwej, za to wciąż pokrytej brukiem ulicy Grzybowskiej. Nie wymagałoby to chyba dodatkowego komentarza, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w obrazach Barei nigdy nie pada nazwa osiedla, przeciwnie: Rochowicz rozpytuje o drogę do Powiśla, nie do Śródmieścia. Pozostaje dyskusyjne, czy jest to kwestia błędu rzeczowego, czy świadomego działania reżysera. Dość powiedzieć, że tego rodzaju – marginalne skądinąd – ujęcia wespół wykorzystują i ugruntowują opinie o destabilizującym wpływie osiedla Za Żelazną Bramą nie tylko na tę część miasta. I to w obu wymiarach: historycznym i urbanistycznym.

Dwie ideologie

Mimo to osiedle Za Żelazną Bramą uznać można za świadectwo i rezultat ożywionych zmian, dziejących się wówczas w Warszawie. Warto przytoczyć opinię Zbigniewa Wacławka, który tak pisał w 1969 roku:

Jest to pierwsze warszawskie osiedle budowane na skalę współczesnego osiedla śródmiejskiego. Ilustruje ono w sposób chyba jednoznaczny niesłuszność koncepcji osiedli śródmiejskich, których podstawową tkanką są budynki pięciokondygnacyjne. Rozproszenie i rozdrobnienie kubatury w dużych osiedlach nie sprzyja ich uporządkowaniu i ekonomicznemu wykorzystaniu terenów budowlanych22.

W porównaniu z oceną urbanistyki modernistycznej właściwą dla lat pięćdziesiątych – urbanistyki oskarżanej kolejno o: zbyt ciasno pojęty ekonomizm, formalizm, funkcjonalizm, indywidualizm, kolektywizm, nihilizm, konstruktywizm, burżuazyjny kosmopolityzm i tak dalej23 – nastąpiła więc gruntowna rewizja nastrojów. Co ważne, nie chodzi tu tylko o nowe spojrzenie na ekonomiczną stronę gospodarowania przestrzenią. Istotę zmiany określa odwołanie się do kryterium współczesności – a zatem do odpowiadania danym czasom, stawania się ich znakiem, może nawet ich zdobyczą.

W s p ó ł c z e s n o ś ć,  n o w o c z e s n o ś ć – są to bardzo ważne tropy interpretacyjne. „Po roku 1956 – sumuje Andrzej Mencwel – żywiołowo odradzają się różnorodne ugrupowania artystyczne, «nowoczesność» jest ich zawołaniem bojowym, awangarda przedwojenna żywą tradycją, postulat autonomii sztuki – aksjomatem”24. Te same idee zdają się przyświecać autorom pierwotnego projektu osiedla; ich inspiracje „Warszawą funkcjonalną” czy szkołą Le Corbusiera wyglądają na więcej niż prawdopodobne. W przeciwieństwie do założeń z lat pięćdziesiątych, takich jak Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa czy Muranów II, osiedle Za Żelazną Bramą jest manifestem nowatorskich prądów w architekturze (styl międzynarodowy), rezultatem zupełnie innego myślenia o mieście, ucieleśnieniem konstruktywistycznych marzeń. Nawet jeśli pominąć kwestię wysokości zabudowy, wymienione tu kompleksy mieszkalne pozostają logicznie wkomponowane w większą przestrzeń miejską, uzupełniają ją, przekształcają w sposób spójny i wynikający z zastanego potencjału urbanistycznego (w ten sposób plac Konstytucji uczytelnia oś widokową ulicy Marszałkowskiej aż do placu Zbawiciela, zwiększając zarazem jej reprezentacyjne znaczenie). Przy osiedlu Za Żelazną Bramą wcześniejsze utopie architektoniczne mogą uchodzić za zachowawcze.

Już sama idea, aby na gruzach dużej części miasta przedwojennego stanęła „kompozycja, której by się w tym miejscu nie oczekiwało” (powtarzając ostrożną opinię Jana Bogusławskiego)25, zawiera w sobie coś z lokacji miasta w mieście: organizmu wielotysięcznego („tyle co ludność Zakopanego”, czego nie może nie zauważyć jeden z publicystów) o wysokiej, zestandaryzowanej zabudowie, nieobciążonego kontekstem historycznym miejsca i z założenia ten kontekst negującego. O ideologicznej oraz społecznej skali przedsięwzięcia świadczy totalność projektu: dwanaście wysokościowców o łącznej kubaturze 840 000 m3, sześć budynków pięciokondygnacyjnych (200 000 m3), trójkondygnacyjne budynki pawilonowe o układzie halowym i różnym przeznaczeniu położone wzdłuż trasy N-S i w rejonie ulicy Królewskiej; dalej dwie przychodnie i dwa biurowce, cztery placówki edukacyjne, ciąg zieleni o szerokości do 80 metrów, wreszcie cyrk oraz pawilon Ośrodka Informacji Techniczno-Ekonomicznej Budownictwa… Wszystko to składa się na niemalże samowystarczalne założenie urbanistyczne – o wyraźnych granicach i z własnymi ośrodkami atrakcji, by odwołać się do utopijnego programu Stanisława Ossowskiego – istotne dla funkcjonowania całego Śródmieścia i pozostające w zgodzie z ówczesnym zaawansowaniem planowania przestrzennego, a ufundowane warszawianom przez władze komunistyczne. Analizując nastroje na bieżąco, Adam Kotarbiński pisał: „w roku 1963 postulat opracowania ogólnych planów zagospodarowania przestrzennego wszystkich miast do końca bieżącego planu pięcioletniego zarysował się realnie. […] Ukształtowała się zatem pełniejsza niż dotąd i nie tylko ustawowa, lecz metodologiczna podstawa koordynacji planowania przestrzennego w skalach miejscowych i skalach wielkoprzestrzennych”26. Za lepszą i pełniejszą organizacją w tej dziedzinie stoją (a przynajmniej pozostają za nią współodpowiedzialne) względy ideologiczne – ich sednem było projektowanie nowoczesnego, socjalistycznego społeczeństwa. Temu przedsięwzięciu podporządkowano rozwiązania architektoniczne i urbanistyczne, które – ukryte pod woalem prospołecznej retoryki – w rzeczywistości stanowiły część strategii politycznej reżimu, by nie powiedzieć wprost: służyły jego politycznej fantazji.

Czołowy twórca polskiego modernizmu, Jerzy Hryniewiecki, nazwał architekturę „najbezstronniejszym świadectwem życia, potrzeb i tęsknot każdego społeczeństwa, prawdziwą opowieścią o człowieku i jego życiu. Prawdziwa i szczera architektura to ta, która żyje w zgodzie z otoczeniem, wybierając i wytyczając drogę przyszłości”27. Kilka lat po tym, jak Hryniewiecki wypowiedział te słowa, Margaret Reed-Hall i Edward Twitchell Hall pozwolili sobie sformułować mocny postulat pod adresem środowiska architektów. Uczynili to w książeczce Czwarty wymiar w architekturze, bazującej na wynikach badań empirycznych. Autorzy wyszli od studium jednego budynku i obserwowali wpływ wspomnianego budynku na jego użytkowników, a następnie zaapelowali o zwrot w stronę mieszkańców, o projektowanie dla ludzi28. Być może jest to tylko propozycja innej utopii, nie mniej humanistycznej, związanej ze stanowiskiem pragmatycznym i empirycznym. Ale przecież o „konkretnych potrzebach mieszkańców” mówił także Bierut. Różnica daje się sprowadzić do ideowej opozycji między indywidualizmem a kolektywizmem, a także do ustrojowego napięcia między demokracją przedstawicielską a demokracją ludową. Z jednej strony dziedzictwo awangardy przedwojennej i aksjomatyczna autonomia sztuki, z drugiej –centralne planowanie, z innej jeszcze – monizm polityczny definiują asymetryczną relację twórców i pomysłodawców architektury z masą społeczną, będącą jej odbiorcą. Tworzenie wielkich monokultur mieszkaniowych zdaje się utopijnym eksperymentem społecznym, stymulacją więzi sterowaną z zewnątrz, w której „robotnik umysłowy” i „robotnik fizyczny” stają się sobie równi. Pozostając świadectwem życia, architektura tego rodzaju byłaby co najwyżej świadectwem fantazmatu społeczeństwa, znakiem potrzeb i tęsknot, jednak tylko pod warunkiem, że mowa o potrzebach systemu i tęsknotach twórców za lepszymi dla nich czasami.

W przypadku budynków osiedla Za Żelazną Bramą funkcjom społecznym służyć miały (jeśli chodzi o samą tylko architekturę) duże powierzchnie holów na parterze, a także odpowiednio mniejsze pomieszczenia na każdej kondygnacji, usytuowane obok szybów windowych. Pomysł ten jednak zawiódł. Patrząc na długie, przeszło dziewięćdziesięciometrowe „przestrzenie niczyje”, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że oprócz organizacji życia społecznego i funkcjonalności budynków mieszkalnych ich projektantom przyświecał zamiar maksymalnej standaryzacji – również w wymiarze semantycznym – przestrzeni wewnątrz wznoszonych obiektów. Całkiem możliwe, że i ten zamysł wyrastał pośrednio z ideału komunistycznego egalitaryzmu, choć skutkować mógł alienacją setek lokatorów, ewentualnie – jak w Dzięciole – zaburzeniem poczucia prywatności. Te dwa procesy, stymulacja więzi międzyludzkich i atomizacja społeczności, składają się na obraz intensywnej kontroli życia obywateli, właściwy politycznemu rezonowi rządu lat sześćdziesiątych.

Skoro jednak przywołaliśmy tradycję awangardy przedwojennej, zwróćmy uwagę na inne aspekty projektu. O korekcie planów dotyczących wschodniej części osiedla już wspominałem; można podejrzewać, że nim do niej doszło, pierwotnym zamysłem była budowa zespołu architektonicznego osadzonego jak gdyby poza czasem – autonomicznego, nieliczącego się z uwarunkowaniami przestrzennymi, ignorującego historyczne granice dzielnic, traktującego rzeczywistość urbanizacyjną jak bezpostaciowe tło śmiałych działań artystycznych oraz inżynieryjnych, które znaczy o tyle tylko, o ile zostaje w tych działaniach zakwestionowane. Budynki szesnastokondygnacyjne stanęły osią podłużną niemal równolegle do kierunku północ-południe, podczas gdy budynki niskie oraz niektóre pasy zieleni zorientowano w kierunku wschód-zachód. Przypomina to starorzymskie praktyki wyznaczania osi cardo i decumanus, które tworzyły podstawę dla nowo lokowanego miasta. Projekt osiedla Za Żelazną Bramą cechuje modułowość organiczna, nie geometryczna; obiekty rozlokowano niesymetrycznie, całość zbudowano jednak z powtarzalnych komórek obejmujących grupę bloków wraz z najbliższym otoczeniem oraz pozostających względem siebie w podobnej odległości. Niewykluczone, że pobrzmiewa w tym echo Peiperowskich koncepcji konstruktywistycznych: geometrycznej aformii, porzucenia prostej, przyrodniczej symetrii na rzecz zoptymalizowanej struktury maszyny, współzależności i jedności elementów składowych architektury. Na osiedle patrzeć można też – przede wszystkim od strony zachodniej – jak na betonowy łańcuch górski powstały w wyniku jakiejś szalonej orogenezy zainicjowanej przez człowieka; łańcuch ten wznosiłby się zdecydowanie ponad pobliską zabudowę, kreując tym samym w przestrzeni Warszawy nieoczekiwaną i niepokojącą determinantę. Jeszcze inne spojrzenie pozwala zobaczyć w nim rzeźbę frontalną (choćby od strony ulicy Marszałkowskiej), lecz nie z poziomu gruntu: najwłaściwsza perspektywa widokowa wywodzi się znów z ducha Corbusierowskiego. Zamiast wielości punktów widzenia – próba uniwersalnego, intelektualnego ujęcia całości projektu oraz kontemplowanie wewnętrznych zasad jego konstrukcji. Spojrzenie z góry, chyba najlepsze dla zjawiska o tak wielkiej skali29.

Pozostaje jeszcze jeden aspekt koncepcji Le Corbusiera: „maszyna do mieszkania”. Przecież istotą funkcjonowania maszyny, czyli mechanizmu zoptymalizowanej produkcji seryjnego wyrobu, jest płynne działanie, pewien typ ruchu. Wykorzystanie powierzchni osiedla Za Żelazną Bramą świetnie ilustruje praktyczny wymiar miejskiej cyrkulacji mas. W projekcie realizacyjnym powierzchnia zajęta przez komunikację miejską przekraczała 30% (przypominam też o usytuowaniu hal handlowo-usługowych przy trasie N-S przecinającej osiedle). Ponadto zieleni nie zaplanowano w zwartej parkowej grupie, przewidziano tylko jej szerokie ciągi, częściowo prostopadłe, a częściowo równoległe do osi wysokościowców. Wolnostojące bloki czynią założenie transparentnym; jest ono dostępne, totalne. Utrudnia spontaniczne organizowanie się mieszkańców i praktycznie uniemożliwia ewentualny opór wobec reżimu. Powiada Richard Sennett:

Wolność, jeżeli pragnie przezwyciężyć opór, znieść przeszkody, zacząć wszystko od nowa – wolność pojmowana jako czysty, przezroczysty bezmiar – taka wolność paraliżuje ciało. Jest środkiem znieczulającym. Wolność tylko wtedy pobudza, kiedy uznaje skazy, opór, trudności za nieodłączne od poczucia, że jest się wolnym30.

Nie służy jej niedobór zamkniętych, heterogenicznych miejsc, z którymi łatwiej się utożsamić. Jeszcze Paul Virilio:

Niezależnie od ich ideologicznego podłoża, właściwością wszystkich reżimów totalitarnych jest przyznanie armii i siłom policyjnym pierwszorzędnej roli w kontrolowaniu nieopanowanego krążenia politycznego: można by posunąć się wręcz do stwierdzenia, iż rozwój totalitaryzmu jest tożsamy ze wzrostem państwowej kontroli nad przemieszczaniem się mas31.

Również układ planów komunikacyjnych – prosty, osiowy, dodatkowo zaakcentowany szpalerami drzew – interpretować można zatem w wymiarze ideologicznym. Stymulacja oraz kontrola procesów społecznych wiąże się z przewidzeniem i programowaniem cyrkulacji ludności, która ma tę społeczność tworzyć.

Nie trzeba chyba powtarzać, że chodzi tu także o względy bezpieczeństwa. W rzeczywistości taka kompozycja urbanistyczna zagraża pojęciu przestrzeni publicznej. Mikrokosmos osiedla Za Żelazną Bramą to przedsięwzięcie ambitne, ale też pomnik utopijnego myślenia, przypadek miejskiej izotropii, przykład mechanizmu, według którego mieszkanie polega na zorganizowanym ruchu.

Czas teraźniejszy

Czym szybciej nadchodził moment transformacji ustrojowej, tym bardziej konieczne wydawało się opracowanie perspektywicznej strategii dla osiedla: uporządkowanie terenu, dogęszczenie i rewaloryzacja obiektów, heterogenizacja obszaru pod wieloma względami: funkcjonalnym, demograficznym, urbanistycznym… Przy okazji „Konfrontacji warszawskich” – konkursu na zagospodarowanie osiedla w 1986 roku – przestrzegano przed utratą kontroli nad tymi procesami, zwłaszcza nad dogęszczaniem architektury. Po roku 1989 postulat ten staje się niemal niemożliwy do zrealizowania; wybucha gorączka inwestycyjna związana nie tyle z rozluźnieniem ciasnego gorsetu legislacyjno-administracyjnego, ile z odczuwalnym powiewem wolności. W latach dziewięćdziesiątych część budynków przechodzi pobieżny remont. Równolegle w przestrzeniach między blokami powstają kolejne jednostki mieszkaniowe i biurowce, początkowo reprezentujące domorosły dekonstruktywizm, który wyobrażał „światowe trendy” w architekturze i demonstracyjnie zrywał z wcześniejszymi normatywami.

Lata dziewięćdziesiąte były czasem, gdy dopiero uczyliśmy się zasad estetyki. Po Sejmie paradowali wtedy posłowie w różowych garniturach uzupełnionych tęczowymi krawatami i białymi skarpetkami. Nie inaczej było z architekturą. Niektórzy projektanci na siłę starali się budynki udziwniać, tak, żeby krzyczały: «Powstałyśmy po 1989 roku! Jesteśmy zupełnie nowe!». Kształty obłe przenikały się z regularnymi, na elewacjach królował bogaty wybór form: tu szkło refleksyjne, tam bordowy granit przepleciony różowym piaskowcem, ówdzie reling lub kolumna ze stali nierdzewnej32

Niewykluczone, że triumf chaosu nad kosmosem – skrupulatnie konstruowanym i organizowanym przez poprzedni ustrój – był conditio sine qua non przepracowania pamięci o latach 1945–89. Utopia musiała obrócić się w ruinę. Taki los podzieliła również utopia osiedla Za Żelazną Bramą – z jednej strony zdegradowanego do przeciętnego blokowiska z relatywnie tanimi i śmiesznie ciasnymi mieszkaniami, z drugiej strony jednak rozbudowanego o mniej lub bardziej luksusowe apartamentowce, pokazowe dla upadku ideałów egalitarystycznych i antykapitalistycznych. Z czasem stanie się ono przestrzenią segregacji etnicznej (diaspora wietnamska), dla wielu – synonimem niewyszukania, ubóstwa, dyskomfortu i niskiego standardu popeerelowskich mieszkań. W artystycznym dokumencie „Za Żelazną Bramą” (2009) Heidrun Holzfeind pokazuje osiedle jako pokoleniowy i etniczny tygiel; w wywiadzie dla „Dużego Formatu” zbliża się do metafory „wizualnego palimpsestu”33. Na wystawie „Betonowe Dziedzictwo. Od Le Corbusiera do blockersów” (2007), zorganizowanej przez Centrum Sztuki Współczesnej, Jarosław Kozakiewicz zaprezentował imaginacyjny projekt sukcesywnego pokrywania tamtejszych bloków („gór”) warstwami roślinności. Być może intencje Kozakiewicza były inne (ekologizm), lecz można przypuszczać, że takowy znak cywilizacji stałby się tym sposobem znakiem jej kresu, wchłonięcia jej przez naturę. Byłby to zarazem finalny gest oswojenia wykwitu nowoczesności przez ponowoczesność.

Inwestycje schyłku dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego wieku, oceniane zwykle jako wulgarne, na swój sposób przetworzyły monumentalną przestrzeń osiedla, dodając kolejną warstwę znaczeniową. Wcieliły w życie, by tak rzec, najmocniejsze strategie kontestacyjne w miejskiej ikonosferze: miażdżące jeden obraz innym. Sens polityczny oraz ideologiczny przedsięwzięcia, oddolnie kwestionowany od dawna, rozpłynął się w jego znaczeniu społecznym. Pobieżna diagnoza postulatów, z myślą o których budowano osiedle, wskazuje na ich zupełne lub duże niepowodzenie – i tak zdaje się również wyglądać właściwy pejzaż osiedla, jeżeli decydujemy się uznać je za znak tamtych czasów oraz świadectwo adaptowania ich pozostałości w czasie teraźniejszym i przyszłym.

 



Jakub Jakubaszek

Desant betonowych domów. Krótka historia osiedla Za Żelazną Bramą

Artykuł jest przyczynkiem do kulturowej historii warszawskiego osiedla Za Żelazną Bramą. Zostaje ono ukazane na tle przemian przestrzennych miasta powojennego i społecznej pamięci o Warszawie sprzed 1945 roku. Dzieje osiedla składają się na wielowątkową opowieść o utopii architektonicznej, awangardowym dziele sztuki, prestiżowym przedsięwzięciu uwikłanym ideologicznie, wreszcie – nieudanym eksperymencie społecznym.

The Landing of Concrete Buildings. A Brief History of the Za Żelazną Bramą Housing Estate

The article represents a contribution to the cultural history of the Warsaw housing estate Za Żelazną Bramą (Behind the Iron Gate). It is shown against the context of the spatial changes of the post-war Warsaw and of the social memory of the pre-war capital. The history of the estate constitutes a multi-threaded story of utopian architecture, of an avant-garde work of art, of a prestigious venture entangled in ideology, and, finally, of a failed social experiment.

 


  1. Tadeusz Przemysław Szafer, Nowa architektura polska. Diariusz lat 1966–1970, Warszawa 1972, s. 7–8. 

  2. Eelco Runia, Obecność, przeł. Elżbieta Wilczyńska, [w:] Teoria wiedzy o przeszłości na tle współczesnej humanistyki. Antologia, red. Ewa Domańska, Poznań 2010, s. 74–124. 

  3. Elżbieta Rybicka, Modernizowanie miasta. Zarys problematyki urbanistycznej w nowoczesnej literaturze polskiej, Kraków 2003, s. 239–247; Tim Dant, Kultura materialna w rzeczywistości społecznej. Wartości, działania, style życia, przeł. Janusz Barański i in., Kraków 2007, s. 148. 

  4. Józef Sigalin, Nad Wisłą wstaje warszawski dzień… (Szkice), Warszawa 1963, s. 214. 

  5. Por. Bogdan Malisz, W poszukiwaniu przyszłego kształtu Warszawy, [w:] Początki planowania przestrzennego w Polsce, red. Jan Zachwatowicz i in., Warszawa 1979, s. 93–112. 

  6. Józef Sigalin, Nad Wisłą wstaje warszawski dzień…, dz. cyt., s. 98. 

  7. Jerzy Kochanowski i in., Zbudować Warszawę piękną… O nowy krajobraz stolicy (1944–1956), Warszawa 2003, s. 258. 

  8. Stanisław Jankowski, Oś Saska, „Stolica” 1963 nr 11. 

  9. Tegoż, Za Żelazną Bramą, „Życie Warszawy” 1966 nr 66. 

  10. Krystyna Krzyżakowa, Osiedle «Za Żelazną Bramą», „Stolica” 1964 nr 49. 

  11. Zbigniew Godziński, Takiego osiedla w Warszawie jeszcze nie było, „Fundamenty” 1965 nr 49. 

  12. Tamże. 

  13. Jan Smogorzewski, Co będzie „Za Żelazną Bramą?”, „Stolica” 1964 nr 40. 

  14. Jacek Nowicki, Środowisko mieszkaniowe, t. II. Osiedla warszawskie – projekty – doświadczenia XX wieku, Warszawa 2003, s. 116. 

  15. Bywa, że fałszywie utożsamianych z solidarnością społeczną w jej rozległym rozumieniu. „Układ galeriowy jest wprawdzie niedogodny, ale pozwala na najlepsze rozwiązanie mieszkań typu M-4 […]. W budownictwie klatkowym, dogodniejszym dla mieszkańców, klatki schodowe muszą być do 12 m, przez co budynek traci na ekonomii układu i podraża swój koszt (klatka jest elementem drogim)”; Krystyna Krzyżakowa, Taka będzie Oś Saska, „Stolica” 1963/40. 

  16. Stefan Nowakowski, Miasto polskie w okresie powojennym, Warszawa 1988, s. 440–442. 

  17. Zbigniew Godziński, Takiego osiedla w Warszawie jeszcze nie było, art. cyt. 

  18. Jacek Nowicki, Środowisko mieszkaniowe, dz. cyt., s. 45. 

  19. Zbigniew Żukowski, Za Żelazną Bramą, „Trybuna Ludu” 1969 nr 12. 

  20. Jerzy S. Majewski, Blokowisko za Żelazną Bramą zamiast miasta, http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,6431740,Blokowisko_za_Zelazna_Brama_zamiast_miasta.html (dostęp: 11 czerwca 2011). 

  21. Zob. Ulf Hannerz, Odkrywanie miasta. Antropologia obszarów miejskich, przeł. Ewa Klekot, Kraków 2009, s. 128–129. 

  22. Zbigniew Wacławek, A więc osiedla…, „Architektura” 1969 nr 12. 

  23. Por. Andrzej Basista, Betonowe dziedzictwo. Architektura w Polsce czasów komunizmu, Warszawa 2009, s. 20–22; Janusz Bogucki, Sztuka Polski Ludowej, Warszawa 1983, s. 76. 

  24. Andrzej Mencwel, Wyobraźnia antropologiczna. Próby i studia, Warszawa 2006, s. 295. 

  25. Jan Bogusławski, Chodzi o sposób użytkowania architektury, „Architektura” 1969 nr 12. 

  26. Adam Kotarbiński, Rozwój urbanistyki i architektury polskiej w latach 1944–1964. Próba charakterystyki krytycznej, Warszawa 1967, s. 71. 

  27. Jerzy Hryniewiecki, Piękno – wygoda – nowoczesność, „Architektura” 1968 nr 4–5. 

  28. Margaret Reed-Hall, Edward T. Hall, Czwarty wymiar w architekturze. Studium o wpływie budynku na zachowanie człowieka, przeł. Radosław Nowakowski, Warszawa 2001, s. 43–50. 

  29. Jan Smogorzewski, Co będzie „Za Żelazną Bramą?”, dz. cyt. 

  30. Richard Sennett, Ciało i kamień. Człowiek i miasto w cywilizacji Zachodu, przeł. Magdalena Konikowska, Gdańsk 1996, s. 247. 

  31. Paul Virilio, Prędkość i polityka, przeł. Sławomir Królak, Warszawa 2008, s. 26. 

  32. Michał Wojtczuk, Koszmar z ulicy Grzybowskiej, http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,7839949,Koszmar_z_ulicy_Grzybowskiej.html (dostęp: 11 czerwca 2011). 

  33. Katarzyna Surmiak-Domańska, Wąż za Żelazną Bramą, http://wyborcza.pl/1,76842,7992932,Waz_za_Zelazna_Brama.html (dostęp: 11 czerwca 2011).