Katarzyna Adamska

Otwockie pogranicza

A_dom,_d._uzdrowisko_Abrama_Gurewicza_z_ogrodem_szare

Opisując w 1893 roku warunki letniskowania w rozwijającej się podwarszawskiej stacji klimatycznej, inżynier Edmund Diehl wskazał na podstawowy podział terenu Otwocka, przypieczętowany rozdzieleniem obu jego części przez nasyp Kolei Nadwiślańskiej. „Miejscowość z lewej strony stacji od Warszawy jest więcej odkrytą, wystawioną na silne promieniowanie słońca, zupełnie wilgoci pozbawioną”1; w 1906 roku tę część Otwocka Diehl określał jako „arystokratyczną”, a jej „prawidłowo rozparcelowane ulice, idące prostopadle i równolegle do plantu” przeciwstawił terenom po przeciwnej stronie torów, bardziej wilgotnym, mieszczącym brudny bazar („zastoisko beztroski”, „redutę konserwatyzmu i głodnej bezczynności”2) oraz domy „zamieszkiwane przez mniej zamożną ludność i urządzeniami swymi oraz porządkiem dużo pozostawiające do życzenia” – słowem, podsumowywał Diehl, „dzielnica ta pozostaje w stanie dość pierwotnym”3.

Ten wyraźnie zaakcentowany w początkach istnienia otwockiego letniska klasowy podział przestrzeni, w dwudziestoleciu międzywojennym miał być niwelowany przez nowe formy stowarzyszania się – otwocki Klub Klimatyczny w statucie deklarował, że ma na celu „towarzyskie połączenie [...] osób ze wszystkich sfer społecznych”4. Jednocześnie dowodzono naukowo zbawiennego wpływu klimatu na całym obszarze uzdrowiska. Podstawą zdrowotności określano wówczas chłonną, piaszczystą glebę, zapewniającą suche i balsamiczne powietrze, bogate w tlen i ozon dzięki gęsto rosnącej w Otwocku sośnie5. Suche powietrze nie było już, jak pod koniec XIX wieku, świadectwem nieobecności niebezpiecznych miazmatów6, przypisywano mu natomiast – ze względu na dużą zawartość tlenu – właściwości dezynfekujące. Otwock określał swoją wyjątkowość poprzez oddalenie od „wyziewów”, kojarzonych także z obszarami nędzy miejskiej, ale również za pomocą kategorii nowego paradygmatu medycznego: jako miejscowość o klimacie niszczącym prątki Kocha7.

W ten sposób przestrzeń podwarszawskiego letniska ukazuje się jako poddana negocjacjom semantycznym spotykających się na niewielkiej przestrzeni klas społecznych. Wraz ze wzrostem znaczenia koncepcji zdrowia publicznego podporządkowuje się ją również odgórnej czytelności8, określającej podmiot wobec nowych zasad czystości, formułowanych przez specjalistów od higieny. Każdy z otwockich sposobów konceptualizacji zdrowia – czy to opierający się na różnicach klasowych, czy higienistycznych – powracał do opozycji suchego i wilgotnego, typowej dla uzdrowiskowej metaforyki (wystarczy przypomnieć Witkiewiczowskie Bagno). Nie odnalezienie desygnatu dla tych kategorii było ważne, ale sama praktyka oddzielania, ustanawiająca nie tylko czytelność w obrębie Otwocka, ale także mająca w ogóle pozwolić na wytyczenie jego granic.

Przewodnik Letnie mieszkania z 1890 roku wyjaśniał niejednoznaczność nazwy Otwock: było to wówczas zbiorcze określenie grupy osad i folwarków (Brzegi, Świder, Celestynów, Bojarowo itd.)9 rozrzuconych w okolicy przystanku Kolei Nadwiślańskiej Otwock Stacyjny10, nazwanej znów za Otwockiem Wielkim, dawnym majątkiem Bielińskich, będącym wówczas w stanie ruiny. Cezary Jellenta w 1934 roku stwierdzał, że Otwock – posiadający już prawa miejskie i status uzdrowiska – to przykład racjonalnego organizmu czy też leczniczego urządzenia, ustanawiającego się świadomym wysiłkiem w zdrowym i wolnym społeczeństwie przeciwko „dekadencji” oraz „gnuśności” (przejawiających się między innymi pod postacią nękających współczesne społeczeństwo neuroz i gruźlicy, które stały się kuracyjnymi specjalnościami otwockich sanatoriów). Odnajdywał je Jellenta nie tylko w „obficie zalewanych winem i miodem dniach i nocach Otwocka Wielkiego”, którego niechlubną saską przeszłość wymazuje nowa osada na piaskach, w wojskowym rytmie „brygad lekarzy” odzyskująca zdrowie publiczne11. Otwock miał stać się także przeciwieństwem pobliskich miejscowości – Falenicy, Michalina, Miedzeszyna Radości, „w których zaczyn kulturalny drzemie snem iście orientalnym”12.

Nieznana uzdrowiskom o długiej historii (takim jak Iwonicz, Krynica czy Cieplice) potrzeba potwierdzania swojej tożsamości wynikała z zastosowania w Otwocku nowego typu leczenia. Podczas gdy tradycyjną formułą miejscowości kuracyjnej było „zdrojowisko”, skupione wokół źródła wody mineralnej, obudowanego ludowymi legendami czy nawet religijnymi objawieniami, nowoczesne uzdrowisko bazowało na klimatoterapii, a jego „zdrowionośną” substancją miało być powietrze. Ta niearchitektoniczna substancja o walorach swojskiej lokalności (poprzez geopolityczny wymiar pojęcia klimatu) miała pozwalać nowoczesnemu człowiekowi pozbywać się ciążących na nim martwych konwencji kojarzonych z chorobą, ale również domagała się nowej strukturyzacji. Jellenta proklamował „zejście z czarodziejskich gór” mające zapewnić powrót do „formy normalnej”13 poprzez nizinną, rodzimą terapię w Otwocku. Jej ulokowanie na przeciwnym biegunie niż chaotyczna, bezforemna wilgoć, przypomina takie sformułowania jak „nie potrzebujemy bryi, tylko solidnego bloku”14 – była to metaforyka powszechna w ówczesnej kulturze europejskiej, związana nie tyle z poglądami, ile z elementarnymi doświadczeniami i praktykami przestrzennymi, cielesnymi i klasyfikacyjnymi.

Dzisiejsze problemy z otwocką tożsamością ujawniają nietrwałość efektów jej stabilizowania. W broszurze z 2012 roku Otwock. Znikające punkty, towarzyszącej projektowi artystycznemu skupionemu wokół Mirosława Bałki, podjęta zostaje próba poradzenia sobie z wielowątkowością i efemerycznością pamięci miasta o samym sobie, wydobycia tego „co w jego historii bolesne i drażniące”15. Autorzy przypominają, że dworzec, który dziś wita przyjezdnych i wokół którego w „eleganckim podwarszawskim uzdrowisku” toczyło się życie towarzyskie, w 1942 roku stał się początkiem drogi do Treblinki dla około ośmiu tysięcy Żydów z otwockiego getta16. Wspomina się o współczesnym urbanistycznym chaosie, o rozbiórkach drewnianych domów w stylu świdermajer, o pomniku przyjaźni, który pozostał po koreańskich sierotach. Obecnie ma się jednak, według deklaracji artystów, ukształtować „nowa tożsamość Otwocka”17, bez „oszukiwania”18. Opieranie jej jednak na utraconej wraz z wojną „niewinności” świdermajerowego kurortu przypomina tak zwaną legendę solankową19 – nie wierząc, że zdrowotność klimatu Otwockiego może pochodzić jedynie „z powietrza”, poszukiwano pod piaskami wód mineralnych, domniemanego ukrytego „centrum” uzdrowiska.

Również przed wojną Otwock miał kłopoty z autoreprezentacją. Związek Uzdrowisk Polskich nieustannie ponaglał w swoich biuletynach do aktywniejszego udziału w „propagandzie”; dziwiono się na przykład, że ani jedno uzdrowisko nie wzięło udziału w wydaniu Atlasu Turystyki Samochodowej w 1938 roku20, i że do specjalnego numeru uzdrowiskowego „Nowin Społeczno-Lekarskich” materiały reklamowe nadesłał tylko Morszyn21. Otwock w 1936 roku kategorycznie odmówił udziału w międzynarodowej wystawie miejscowości kuracyjnych w Beppu w Japonii – w wyjaśnieniu złożonym Związkowi tłumaczono, że uzdrowisko nie posiada żadnych produktów lokalnych ani modeli czy filmów22.

Otwocki problem ze zdefiniowaniem swojej „lokalności” wydaje się swoiście nowoczesny. Uzdrowiska miały służyć jako inscenizacje swojskości; owe „odnalezione” poza miastem „natura” i „lud” – niezbędne składniki „polskiej” kuracji – były jednak, rzecz jasna, konstruktami turystycznymi opierającymi się na pierwocinach globalnej sieci mobilności i wymiany informacji. Uzdrowisko otwockie nie powstało wokół żadnego „źródła” zdrowia, a wokół stacji kolejowej. Leczyć się natomiast można było w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku nie dzięki lokalnej przyrodzie, ale za pomocą kumysu wytwarzanego w kiosku przez „specjalistę tatara”23.

Przestrzeń niegdysiejszych podwarszawskich posiadłości jawi się jako „wyjałowiona” – jakby przez aseptyczne działanie wysoko utlenionego powietrza otwockiego – oczyszczona z wcześniejszej symboliki ustanawianej przez feudalną organizację związaną z majątkiem Bielińskich w Otwocku Wielkim. Po zniesieniu pańszczyzny i przecięciu terytorium torami linii kolejowej ziemię rozparcelowano, podporządkowano prawom rynku i sprzedano pod letniska; obszar ten stał się podatny na prywatne, jak i instytucjonalne systemy znaczeniowe, organizujące jego doświadczanie według fantazmatów związanych z różnego rodzaju projektami modernizacyjnymi i nacjonalistycznymi.

Opierając się na nowoczesnej strukturze komunikacji, uzdrowisko mimo to nie uczestniczyło w zapośredniczającej doświadczenie strukturze medialnej – między innymi z powodu swojej nieumiejętnej reklamy. Czy może raczej: uznając u podstaw nadkruszoną ontologię rzeczywistości i zagrożenie „rozhisteryzowania” ciała pozbawionego kodów inscenizacji tożsamości związanych z dawną strukturą stanową – w uzdrowisku poszukiwano stabilizacji, tworząc obszar „bezpośredniej obecności” i przestrzeni wzrokowej24 umieszczającej ciało w niezapośredniczonej kontroli moralnej i higienicznej.

Niezbędne wydawało się samo przebywanie w uzdrowisku, pomimo deklarowanej możliwości odbywania w domu kuracji dietetycznych czy mechanoterapeutycznych, pomimo kolportacji butelkowanych wód mineralnych czy leczniczego kefiru do aptek w wielkich miastach, pomimo rozwoju reklamy kinowej i pomysłów na wakacyjne cykle audycji radiowych. Uzdrowiska nie stały się spektaklami medialnymi, w których uczestnictwo nie wymagałoby bezpośredniej obecności. Przywodzi to na myśl osiemnastowieczne teorie teatru, w którym aktor, aby móc mówić, musi wejść na scenę. W tym sensie towarzyski przymus jeżdżenia do kurortów25 związany był z opartą na zacieśnionej proksemice strategią ustanawiania tożsamości jednostkowych. Jednocześnie wiązało się to z wymogiem obecności ciała – chorego, zdeformowanego, bezbronnego wobec „zapisu” na nim wspólnot podobieństwa i doświadczania granic pomiędzy nimi, definiowanych na nowo pod koniec XIX wieku. Przestrzeń uzdrowiskowa byłaby zatem jednym z obszarów ustanawiania „linii demarkacyjnych”, pozwalających na ukonstytuowanie się tożsamości określonej przez różnicę26, zyskujących na znaczeniu zwłaszcza na przełomie XIX i XX wieku w okresie ustanawiania nowym form samoświadomości społecznych.

* * *

Brzegi, położone pół godziny drogi od uruchomionego w 1877 roku przystanku Otwock Stacyjny, były drugim majątkiem Elwiro Michała Andriollego. Pomyślał go jako miejsce na własny „dwór” oraz na mniejsze „dworki” dla letników. Miały zapewniać terapię od znużenia spowodowanego intensywną pracą na deadline27 i dostosowywaniem się do wielkomiejskiej prędkości trybu życia oraz uciążliwych form towarzyskości. Przyjęta przez Andriollego konwencja opisu doświadczeń – prowadzona konsekwentnie w korespondencji z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – przywołuje pewien sposób myślenia o podmiocie nowoczesnym: bombardowanym trudną do zniesienia ilością bodźców , odczuwającym zaburzenie bycia „tutaj”, pozbawionym możliwości bezpośredniego obcowania z „naturą” i „tradycją”, zastąpionymi konsumpcyjno-produkcyjną organizacją życia społecznego.

Nerwowej nowoczesności Andriolli przeciwstawiał naturę, męskość i tradycję. Zakupioną w 1880 roku ziemię i sam malarz, i jego przyjaciele, opisywali sięgając nie tylko do bogatego repertuaru mitologii ziemiańskiej, ale także korzystając z imaginarium amerykańskich powieści przygodowych. Konotacje te zostają potwierdzone na kartach albumu wspomnieniowego poświęconego Andriollemu, w którym nakreślony przez Henryka Dobrzyckiego opis zakładania Brzegów – zatytułowany „Andriolli kolonista” – opatrzony został między innymi reprodukcjami ilustracji wykonanych przez właściciela letniska do powieści Jamesa Fenimore’a Coopera28. Inne motywy towarzyszące temu tekstowi to na przykład portret stojącego na progu dworku Adama Pługa „w roli gospodarza, któremu podają wieniec dożynkowy”29 oraz obyczajowe szkice w „biedermeierowskim” charakterze, przedstawiające sielankę rodzinną przy obiedzie („A w domu najlepiej…”30), młodzieńca oddającego pierwszy strzał z fuzji31 czy dzieci dręczące nauczyciela na lekcji języka niemieckiego32.

Ten kolaż fantazmatów agresji, rodzinności, dzikości, gospodarności, kształtuje doświadczenie terytorium, na którym ulokowane zostało letnisko Andriollego. Okolice nadświdrzańskie określane są w korespondencji jako „pustynia”, gdzie „las sosnowy huczy i wyje”, gdzie również i „wilki wyją”; Brzegi to „bezludna pustka”, „pustkowie głuche”, a bywający tam Dobrzycki miał wręcz odnosić wrażenie, „że się jest wśród amerykańskich pionierów, których pierwszym zadaniem jest co prędzej się obwarować i zabezpieczyć od napadu krajowców”. Opisywał: „mimo woli też, udając się na przechadzkę sięgnąłem po dubeltówkę, tak mi się myśl spotkania jakiego czerwonoskórego gdzie w lesie możebną wydała”33.

W zachowaniu Andriollego podkreślana była zaradność i samowystarczalność; autorzy wspomnień zachwycali się „wzruszającą prostotą” życia malarza w trakcie stawiania dworku: piciem herbaty z kociołka, używaniem wydrążonych kartofli jako świeczników34, chodzeniem bez kapelusza, w bluzie i w zabłoconych butach; „jadło warzył przy ognisku pod gołym niebem, noce zaś przepędzał w szałasie z chrustu, na łożu z mchu usłanym”35.

Urządzenie wnętrza brzeskiego dworku przywołuje na myśl model męskiego pomieszczenia w bungalowach, wiejskich domach popularnych wśród amerykańskiej klasy średniej, których sposób zorganizowania bazował na wyobrażeniach o różnicach genderowych, klasowych, etnicznych, narodowych oraz z którymi wiązano na początku XX wieku idee regeneracji i maskulinizacji narodu36. Uruchamiając jednocześnie fantazje o przedindustrialnych pionierach wraz z ideologią amerykańskiego pogranicza (frontier)37, bungalow miał być siedzibą rodziny jako ostoi siły i moralności, zapewnianych przez głowę rodziny i jego rekwizyty, zgromadzone w specjalnym pomieszczeniu określanym jako den. Andriolli spędzał w Brzegach wieczory

[...] w niewielkim pokoiku, który za pracownię i sypialny służy. Stół zawalony przyborami do rysunków, deskami, dziennikami i ładunkami. [...] Po powrocie z polowania ukończyłem finał do Pana Tadeusza i piszę list. Służba śpi od godziny. Okiennice pukają, jakby się kto dobijał. Ale w izbie ciepło i wesoło, chędogo, choć ubogo. Nad łóżkiem dubeltówka, rewolwer i samoświecący zegarek. Na ścianach trochę broni. W kącie sztaluga i szafka z książkami. W komodzie tysiące gratów: stolarskich, ślusarskich, szewskich, rysowniczych, myśliwskich i gastronomicznych, a wszędzie wielka ilość gazet i dzienników [...]38.

Dopiero tak zaplanowana przestrzeń, zabezpieczona przed fantazmatycznym zagrożeniem z zewnątrz („jakby się kto dobijał”) i porównywalna do amerykańskiego den, wypełnionego zwykle sprzętem do polowania, myśliwskimi trofeami, orientalnymi rekwizytami, rustykalnymi meblami, przyborami do palenia tytoniu – emblematami władczości, samowystarczalności i obronności – może stać się odpowiednim miejscem do pracy nad ilustracjami do Pana Tadeusza.

Andriolli swoją działalność inwestorską – jaką niewątpliwie było kupno ziemi i założenie letniska – widział w opozycji do wszelkiego rodzaju „spekulacji”, która tak samo zagrażała tracącym swoje dworki Polakom w Prusach („Dawniej dwory gęsto siedziały – i teraz siedzą, ale po części puste, albo Żyd w nich mieszka”39), jak i podwarszawskim Brzegom, gdzie Andriolli był nękany przez potencjalnych nabywców ziemi, z których każdy „by za darmo chciał coś kupić, a potem częściowo rozsprzedawać [!] lub pobudować jaką fabrykę nad Świdrem”40. Swoją postawą miał bronić narodowego gruntu przez fałszem komercji.

Gospodarowanie w majątku ziemskim widzianym przez pryzmat mitu dworkowego było jednym ze sposobów doświadczania oraz rozgraniczania przez Andriollego swojskości i obcości, nerwowości i męstwa. Miał ponoć żartować, że lepszym jest kucharzem niż rysownikiem, czego świadectwem byłyby kołduny przyrządzane przez niego „w ten sposób, że zabija[ją] cudzoziemców”41.

Konstruowanie doświadczenia terytorium za pomocą imaginarium pogranicza amerykańskiego, w tym przypadku osadzonego jeszcze w kontekście sporów o ziemię w zaborze pruskim, można widzieć jako rodzaj wypowiedzi na temat związku tożsamości narodowej z gruntem. Zaproponowany w Brzegach rodzaj własności ziemskiej – odgraniczonej od zgubnych wpływów obcości, komercji i nerwowej kobiecości – miałby stać się, w nigdy niezrealizowanych planach malarza, podstawą dla sanatorium. Posłużył jako mit założycielski dla letnisk linii otwockiej.

* * *

Brzeską „dzicz”, stopniowo kolonizowaną przez klasę średnią, widzieć można również jako chaos przestrzeni podmiejskiej, którego wyobrażenia ogrywały podstawową rolę dla modernistycznych projektów urbanistycznych. Również Otwock posługiwał się komercyjnym sloganem miasta-ogrodu – na hasło to powoływały się włączone w obręb administracyjny Otwocka osiedla Soplicowo i Śródborów, a Jellenta samo uzdrowisko określał „mimowolnym miastem-ogrodem”42. Dla pisarza koncepcja ta miała się wiązać z utopijnym projektem swego rodzaju „szklanych domów”, wytworzonych z otwockich piasków. Jednak na polskich gruncie przyjęła się inna interpretacja miasta-ogrodu, funkcjonującego jako rodzaj „osiedla zamkniętego”, które ma uzdrowić miejskiego Lewiatana przez zaaplikowanie teorii eugenicznych do organizacji przestrzeni spełniającej nową potrzebę „czystości” klasy średniej43.

W tym kontekście, jako centralna postać w dyskusjach o kształcie i funkcjonowaniu uzdrowisk, pojawia się Żyd, którego nieobecność miała być atrakcją danej miejscowości leczniczej, na przykład Nałęczowa i Wisły. Na kongresie balneologicznym w Petersburgu, z którego relację opublikował w 1899 roku w „Medycynie” Henryk Dobrzycki, zwracano uwagę, że miejscowości uzdrowiskowe powinny być podporządkowane racjonalnemu układowi przestrzenno-higienicznemu. Jako jego przeciwieństwo podawano „niesanitarne, ciasne, brudne żydowskie gęsto zaludnione miasteczka”44. W latach trzydziestych, opisując funkcjonalistyczne koncepcje budownictwa sanatoryjnego, stwierdzano, że „zdrowszy [będzie] stały pobyt w jednym z zadrzewionych nowych osiedli Warszawy, niż w środku nieskanalizowanego, prawie ogołoconego z lasu, gęsto zaludnionego przez brudne getto żydowskie Otwocka”45.

Trwałe połączenie uzdrowiska z „kwestią żydowską” uczyniło figurę Żyda „naturalnym” przeciwieństwem zdrowotności. Problem Żyda w uzdrowisku nieustannie wpływał na sposób kształtowania przestrzeni. Władysław Bełza, bywalec Iwonicza, postulował przesunięcie tamtejszej galerii spacerowej w nowe miejsce, bezpieczne od „chałatowej publiczności, która jak wiadomo jest zdecydowaną nieprzyjaciółką porządku i obowiązujących form towarzyskich”46 – uprzykrzając spacer w zadaszonej galerii w słotny dzień, figura Żyda w uzdrowisku uosabia przeszkody na drodze do zdrowia; przynosi stan chaotycznej, niecywilizowanej wilgoci.

Spotkanie grup narodowych i wyznaniowych na małej przestrzeni uzdrowiska stawiało przed kuracjuszami wyzwanie do ustanowienia nowej czytelności, pozwalającej na skuteczne oddzielenie swoich od obcych w tłumie nieznanych ludzi. Przekonanie, że postępująca demokratyzacja społeczna – z którą wiązała się dostępność strojów i kodów zachowań47 – zwiększa możliwość ukrycia „prawdziwej” tożsamości człowieka, zwiększało lęk przed mogącymi kryć się wszędzie obcymi; każdy kuracjusz mógł być potencjalnym „oszustem”.

Józef Ignacy Kraszewski w Wielkim nieznajomym przedstawiał sytuację spotkania anonimowych przedstawicieli różnych klas społecznych, które, jak się wydawało, możliwe było w tak bliskim stopniu tylko w uzdrowisku – w tym przypadku w Krynicy. Pokazani zostali ludzie wyposażeni w nie zdające już egzaminu przewodniki po stratyfikacji społecznej – herbarze, listy polecające, spisy członków resurs obywatelskich, powieści Thackeraya, atlas anatomiczny, teorie fizjonomiczne wymieszane z darwinizmem. Bezradni, stwierdzają, że nowoczesność to epoka, kiedy nie da się rozróżnić „łyżki srebrnej od christoflowej i roulzowej”48, kiedy „fałszowana czekolada, fałszowane perfumy, fałszowane poudre de ris [...] – jest to wiek, w których się od fałszowanych rzeczy obronić niepodobna”49, kiedy krawiec wygląda jak hrabia, kiedy „typy się naśladują, gdy kto ma wiele sprytu [...]. Nic podobniejszego od zbogaconego [!] Żyda nad pana nadrujnowanego [...]”50.

Lęk przed możliwością nieodróżnienia przedstawicieli różnych klas społecznych51 towarzyszył nieustannie otwockim letnikom. Gazety i broszury informacyjne ostrzegały przed „faktorami”, zaczepiającymi przyjezdnych na dworcu i obiecującymi pomoc przy znalezieniu mieszkania. Nieczytelna, nieuporządkowana przestrzeń „nieokreślonego osiedla”, w którym poszczególne pensjonaty i sanatoria żyją „z dala od siebie, bowiem każde zgarnąć chce jak najwięcej niezamieszkanej ziemi i jak najwięcej nietkniętego miazmatami powietrza”52, skazywała kuracjuszy na obcych przewodników. Edmund Diehl przestrzegał, że „obwożą i oprowadzają oni interesantów po miejscach najwięcej oddalonych, a często i najgorszych, aby otrzymać sowite wynagrodzenie, lub stać się koniecznymi dla zapewnienia powrotu na stację”53.

„Gazeta Polska” pisała o otwockiej szajce, której właściciele willi muszą płacić haracz, by trafiali do nich jacykolwiek letnicy54. Związek Uzdrowisk Polskich w biuletynie z 21 lipca 1939 roku jako plagę uzdrowisk polskich określał „naganiaczy mieszkaniowych”. „Głos z Powiatów Województwa Warszawskiego” jako równie niebezpiecznych widział dorożkarzy z „najbliższego uzdrowiska podstołecznego”, których „staranna selekcja jest nieodzowna”55. Zwracano uwagę, że podwarszawskie letniska to siedlisko nielegalnego hazardu56, stanowiące wprawdzie konkurencję dla, jak wówczas mówiono, gdańskich Sopotów, ale i tak nie zasilające kasy państwowej. Otwock był jednym z obszarów krystalizowania się nowego typu „sprytnych”57, hochsztaplerów zniewalających ówczesną wyobraźnię społeczną58, a wymienianych na równych prawach z innymi grupami zawodowymi wśród typowych mieszkańców pensjonatów.

* * *

Wybór Otwocka na „polskie Davos” – jak stwierdzono w jednej z reklam59 – nie wydaje się jednak nietrafiony. Był on nim tym bardziej, im mniej nim był, a im bardziej stać się nim musiał. Uznanie podwarszawskiego „sztetlu”60 za czołowe polskie „przedsiębiorstwo” przeciwgruźlicze nie było paradoksalne; pokazuje ono walkę z gruźlicą i akcje urządzania uzdrowisk jako swoisty „front uwewnętrzniony”. Do walki z wrogiem! brzmiał tytuł jednego z artykułów „propagandy” przeciwgruźliczej „Echa Otwockiego” z 1927 roku61. W broszurze Sanatorium Miasta st. Warszawy dla chorych płucnych powoływano się na doświadczenie I wojny światowej (a na dobrą sprawę także zaborów)62 – nie okopowe, ale epidemiczne; doświadczenie upokorzenia narodowej tężyzny cielesnej, którą należało w uzdrowiskach odbudowywać63, prowadząc wyścig i nieustannie się porównując z kurortami zagranicznymi.

Zdaniem Cezarego Jellenty, waleczna postawa otwocka pozwoliła ustanowić się racjonalnej, samorządnej społeczności, w której zgodnie współpracują Polacy i Żydzi. Zgodnie z retoryką przyjętą w biuletynach Związku Uzdrowisk Polskich, Otwock miał natomiast w ten sposób uczestniczyć w zdaniu odnowy gospodarczej, w której gruźlica ani neurozy nie zagrażają produkcyjności narodowej64. „Przemysł uzdrowiskowy” – ulubione określenie Związku – miał dystrybuować zdrowie publiczne, będące narzędziem polityki ludnościowej i obronności kraju65. Każde uzdrowisko znajdowało się w pewnym sensie u granic państwa, sanatoryjnym rygorem i kuracją poprzez pracę według „systemu edynburskiego”66 wypracowując potencjał obronności – podatność ciał. W latach trzydziestych czyste powietrze otwockie – zapewniające widoczność w sytuacji bojowej i siłę płuc żołnierza – wydaje się już prerogatywą Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, podtrzymującej w społeczeństwie fantazmaty I wojny światowej.

W ten sposób Otwock, zdominowany przez żydowskie pensjonaty i sanatoria oraz zamieszkały w większości przez Żydów, leżący na granicy zasięgu warszawskich miazmatów i domagający się walki z chaosem materii (puszczą pełną wilków czy niekorzystnym piaszczystym podłożem), mógł posłużyć jako „nizinna” miejscowość graniczna. Jego odczucie „nieczystości” jednocześnie nie wiązało się z możliwością jednoznacznego odczytania podziałów, zatem nie mogło posłużyć się zorganizowanymi formami zwalczania ciała obcego. Odwołując się do etosu schroniskowego, w przypadku letniska Andriollego, podwarszawska miejscowość podjęła jednak inscenizację doświadczenia „granicy” – miejsca spotkania klas, narodowości, państw, brudu z czystością, zdrowia z chorobą i wilgoci z porządkiem – gdzie poszczególne grupy, rozpoznające się jako osobne, miały wypracowywać postawy obronności67, utrzymując je w gotowości przeciw w każdej chwili gotowemu skrystalizować się wrogowi68.

 


Katarzyna Adamska

The Borderlands of Otwock

In 1880, Elwiro Michał Andriolli, a painter renowned for his illustrations for Mickiewicz’s ‘Pan Tadeusz’, bought a piece of land near the newly-opened railway station Otwock. He built there a house which was to protect him from neurotic city life and commerce. His friends descibed him as pioneer amongst wolves and Indians. Andriolli’s ‘frontier’ gave rise to an immensly popular summer resort, where sick and healthy people continued to practice various kinds of frontier identities. Struggling with chaos and pneumonia, striving for a healthy economy and for a stabilized identity – these were some of the causes that shaped the definitions of health in the course of Otwock’s history. The article attempts to provide a few examples of how a health resort was experienced by both polish and jewish communities and how it changed its meanings, at the same time retaining frontier-like quality.

 


  1. Edmund Diehl, Wille w Otwocku i warunki pobytu tamże, Warszawa 1893, s. 6. 

  2. Cezary Jellenta, Sosny otwockie. Obraz miasta-uzdrowiska, Warszawa 1935, s. 40–41. 

  3. Edmund Diehl, Przewodnik po Otwocku i jego okolicach na rok 1906, Warszawa 1906, [cyt. za:] Zarys dziejów miasta Otwocka, red. Marian Kalinowski, Warszawa 1996, s. 38–39. 

  4. Statut stowarzyszenia pod nazwą „Klub Klimatyczny w Otwocku”, b.m.w. 1933. 

  5. Gotlib Kremer, O znaczeniu Otwocka, Warszawa 1932, s. 1–2 (odbitka z „Nowin Lekarskich” 1932 nr 10). 

  6. „Brak w okolicy bagnisk i przestrzeni napełnionych stojącą wodą, nie przynosi z wiatrem szkodliwych dla zdrowia wyziewów”, Edmund Diehl, Wille w Otwocku…, dz. cyt., s. 5. Pomimo zmiany naukowych uzasadnień zjawiska zakaźności, „miazmaty” nie przestały być poręczną kategorią w myśleniu o czystości i o zagrożeniach życia publicznego. W latach 1927–1928 przez kancelarię magistratu Otwocka przewinęła się seria donosów w sprawie hodowli trzody na uzdrowiskowych posesjach. W ponagleniach do usunięcia chlewów przypominano, że wydobywająca się z nich „niemiła woń zatruwa powietrze” i grozi epidemią (por. np. Archiwum Państwowe m.st. Warszawy, oddział Otwock (dalej jako APWO), Akta miasta Otwocka, teczka 183 nr 321). 

  7. Gotlib Kremer, O znaczeniu Otwocka, art. cyt., s. 3. 

  8. Por. Zygmunt Bauman, Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika, przeł. Ewa Klekot, Warszawa 2000, s. 35–55. 

  9. Magistrat w liście do Starostwa Warszawskiego w 1927 roku pisał o Otwocku, że powstał „jako zlepek z trzech gmin wioskowych i uzyskał prawa uzdrowiska o charakterze użyteczności publicznej, nie posiadał żadnego majątku, urządzeń sanitarnych, zabrukowanych ulic, elektrowni, gmachów szkolnych i w ogóle niezbędnych urządzeń wymaganych codziennym życiem samorządu, nie posiadał również planu pomiarowego i regulacyjnego, budowle wznoszono bez żadnego planu, wszystkie nieczystości i odpadki zakopywano na posesjach, ustępy i studnie przenoszono z jednego miejsca na drugie, zanieczyszczając całe posesje”. Akta miasta Otwocka, teczka 182, nr 32. 

  10. Letnie mieszkania. Przewodnik, Warszawa 1890, s. 179 (dodatek do „Przeglądu Tygodniowego” 1890 nr 12). 

  11. Cezary Jellenta, Sosny otwockie, dz. cyt., s. 1. 

  12. Tamże, s. 31. 

  13. Tamże s. 62. 

  14. Słowa Alfreda Hugenberga z 1928 roku, [cyt. za:] Peter Sloterdijk, Krytyka cynicznego rozumu, przeł. Piotr Dehnel, Wrocław 2008, s. 479. 

  15. Otwock. Znikające punkty, red. Kasia Redzisz, Warszawa 2012, s. 2. 

  16. Tamże, s. 5. 

  17. Tamże, s. 2. 

  18. Por. wywiad Joanny Ruszyczyk z Mirosławem Bałką, Koniec świata, koniec Otwocka, „Wysokie Obcasy” 2012 nr 48, s. 47. 

  19. Cezary Jellenta, Sosny otwockie, dz. cyt., s. 10. 

  20. APWO, Akta Komisji Klimatycznej uzdrowiska w Otwocku, teczka 22 nr 29. 

  21. APWO, Akta Komisji Klimatycznej, teczka 15 nr 58. 

  22. APWO, Akta Komisji Klimatycznej, teczka 2 nr 29. 

  23. Edmund Diehl, Wille w Otwocku…, dz. cyt., s. 15. 

  24. Interesujący opis sytuacji uzdrowiskowej od strony ekonomii spojrzeń daje Gabriela Zapolska w Sezonowej miłości, Kraków 1957 (pierwsze wydanie 1904), s. 92–93. Kuracyjne spojrzenie nieodłącznie było także związane ze zdjęciami rentgenowskimi, które niczym wizytówki nosili ze sobą bohaterowie Czarodziejskiej góry. Z dostępnych mi informacji wynikałoby, że w Otwocku rentgen pozostał raczej narzędziem klinicznej kontroli niż nowych form samoświadomości ciał – wykonywane były prześwietlenia, ale niewiele zdjęć, które pozwalałyby zyskać spojrzenie „z zewnątrz” na własne ciało jako na obraz. Por. statystyki w „Brijus-Zdrowie” 1938 nr 3–4. 

  25. Por. Józef Ignacy Kraszewski, Tajemnice wód, [w:] Polacy przez siebie samych odmalowani. Szkice fizjologiczne 1833–1862, wstęp i wyb. Janina Rosnowska, opr. Cycylia Gajkowska, Kraków 1979. 

  26. Por. Arjun Appadurai, Nowoczesnosć bez granic. Kulturowe wymiary globalizacji, przeł. Zbigniew Pucek, Kraków 2005, s. 25. 

  27. Wojciech Tomasik, Ikona nowoczesności. Kolej w literaturze polskiej, Wrocław 2007, s. 134. 

  28. Por. Henryk Dobrzycki, Henryk Piątkowski, Andriolli w sztuce i życiu społecznem, Warszawa 1904, s. 99. 

  29. Tamże, s. 104. 

  30. Tamże, s. 101. 

  31. Tamże, s. 100. 

  32. Tamże, s. 108. 

  33. Tamże, s. 105. 

  34. Tamże. 

  35. Wspomnienie Adama Pługa o Andriollim dla „Tygodnika Ilustrowanego”, [w:] Andriolli: świadek swoich czasów. Listy i wspomnienia, opr. Janina Wiercińska, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk, 1976, s. 381. 

  36. Cheryl Robertson, Male and Female Agendas for Domestic Reform: The Middle-Class Bungalow in Gendered Perspective, „Winterthur Portfolio” 1991 nr 2–3, s. 124. Bungalow był typem architektonicznym zaczerpniętym z budownictwa kolonialnego, wpisanym następnie w swoisty nurt architecture of virility, obejmujący różnego rodzaju wiejskie domy, górskie chaty, szwajcarskie chalety i szałasy, wiązane z praktykowaniem „skautowskiego” trybu życia jako szkoły charakteru i obrony kultury amerykańskiej przed feminizacją. 

  37. Tamże, s. 130–133. Frontier Thesis to koncepcja rozwijana w latach 90. XIX wieku przez Fredericka Jacksona Turnera. 

  38. List do Władysława Bełzy, 22 XII 1881, [w:] Andriolli: świadek swoich czasów…, dz. cyt., s. 134. 

  39. List do Adama Pługa, 6 I 1892, [w:] tamże, s. 304. 

  40. List do Michała Kłopotowskiego, 7 I 1884, [w:] tamże, s. 173. 

  41. List do Władysława Bełzy, 2 III 1891, [w:] tamże, s. 189. 

  42. Cezary Jellenta, Sosny otwockie, dz. cyt., s. 39. 

  43. Adam Czyżewski, Trzewia Lewiatana. Antropologiczna interpretacja utopii miasta-ogrodu, Kraków 2001. 

  44. Henryk Dobrzycki, O konieczności sanitarnego prawodawstwa dla miejscowości leczniczych, Warszawa 1899, s. 2. 

  45. Michał Telatycki, Postulaty nowoczesnego budownictwa sanatoryjnego w obliczu kryzysu leczenia zakładowego gruźlicy płuc, Warszawa 1938, s. 8. 

  46. Władysław Bełza, Iwonicz i jego okolice, Lwów–Kraków–Warszawa 1885, s. 23. 

  47. Por. scenę z pociągu do Otwocka: „I oto czarnooki posiadacz «schojry» wlazł na ławkę, ściągnął starą, pogniecioną poteraną walizę fibrową: teraz miało nastąpić zademonstrowanie obiektu sporu. Rozwinął sznurki, i uniósł wieko: towar został wyciągnięty na martwe światło lutowego dnia. [...] Handlarz wyciągnął z walizy garnitur smokingowy. Klapy smokinga były wytarte, spodnie wyświechtane połyskiwały metalicznie. Dziecięciu handlarzy starzyzny zainteresowanych było tą «transakcją», ciemną, zawiłą kwestią współudziału w kupnie i sprzedaży starego smokinga, który należał może do jakiegoś urzędnika żyjącego nad stan, nad niski poziom marnej pensji”, Jakub Appenszlak, Romans syjonistyczny, Warszawa 1933, s. 106. 

  48. Józef Ignacy Kraszewski, Wielki nieznajomy. Obrazy naszych czasów, Kraków 1960, s. 10. 

  49. Tamże, s. 210. 

  50. Tamże, s. 346. 

  51. Z drugiej strony – także lęk przed znamionami swojego pochodzenia. Wspomnienia mieszkańców i kuracjuszy Otwocka bodaj tak samo często mówią o zagrożeniach nieczytelności społecznej, jak i o zupełnej przejrzystości, niemożliwości skrycia się w przestrzeni prowincjonalnego miasteczka uzdrowiskowego, którego ciasnota rodziła agresję, por. Anka Grupińska, Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydzkich kobiet, Kraków–Budapeszt 2008, s. 260–261. 

  52. Cezary Jellenta, Sosny otwockie, dz. cyt., s. 39. 

  53. Edmund Diehl, Wille w Otwocku…, dz. cyt., s. 8. 

  54. „Gazeta Polska” 1901 nr 177, s. 2. 

  55. „Głos z Powiatów Województwa Warszawskiego” 1938 nr 3, s. 3. 

  56. Znów można przywołać fragment Romansu syjonistycznego: „Pensjonat szczycił się obfitą, dobrą kuchnią. Przyjeżdżano tutaj, aby jeść tłusto, słodko, obficie, jeść i odpoczywać przy grze w karty. Nigdzie stawki gry w «telefon» i pokera nie były tak wysokie jak tutaj”, Jakub Appenszlak, Romans syjonistyczny, dz. cyt., s. 112. 

  57. Tamże. 

  58. Por. Aleksander Wójtowicz, Kariera w „mętnych wodach wiośnianych czasów”. Hochsztapler jako figura kryzysu nowoczesnej świadomości, „Przegląd Humanistyczny” 2011 nr 3. 

  59. APWO, Akta Komisji Klimatycznej, teczka 22, sygn. 163. 

  60. Jack Jacobs, Modern Jewish History: Bundist Counterculture in Interwar Poland, New York 2003, s. 63. 

  61. Do walki z wrogiem!, „Echo Otwockie” 1927 nr 6, s. 4. 

  62. Sanatorjum m.st. Warszawy dla chorych płucnych w Otwocku, b.m.w. ok. 1926, s. 3. 

  63. W uzdrowiskach należało w myśl higieny rasy hartować organizm, „uodporniać ustrój przez zwiększanie tężyzny wszystkich jego komórek” – instruował Ludomir Korczyński, prezes Polskiego Towarzystwa Balneologicznego, w artykule Uzdrowiska jako przyrodzone źródła sił i zdrowia, [w:] Przewodnik zdrojowo-turystyczny, red. Henryk Piotrowski, Warszawa 1934, s. 9–10. 

  64. W latach trzydziestych XX wieku straty finansowe związane z zachorowaniami na gruźlicę – obejmujące zarówno koszty leczenia, jak i straty w wyniku obniżenia się „narodowej siły roboczej” – obliczano na 2 miliardy złotych rocznie. Por. Jerzy Babecki, Suchotnik w domu, Warszawa 1936, s. 4. 

  65. APWO, Akta Komisji Klimatycznej, teczka 15, sygn. 30, Biuletyn Związku Uzdrowisk Polskich z 21 VI 1939, s. 1. 

  66. Pracę fizyczną stosowano jako metodę terapii neuroz i gruźlicy w niektórych sanatoriach otwockich, co wiązało się z definiowaniem zdrowia przez psychiczną i fizyczną zdolność do ciągłego wysiłku. Szerzej: Antoni Kuczewski, Praca fizyczna jako czynnik leczniczy w uzdrowiskach dla gruźliczych na zachodzie, Kraków 1917. 

  67. Dobrą ilustracją wychowania ciał i dusz ku „obronności” mogą być kolonie letnie i sanatoria dziecięce. Organizowane były przez różne instytucje i przekazywano w nich rozmaite treści ideologiczne, ale za pomocą tych samych metod wychowania fizycznego, dyscypliny, ćwiczenia wspólnotowości. Na koloniach Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego dzieci śpiewały Kiedy ranne wstają zorze, w Sanatorium im. Medema w Miedzeszynie podopieczni śpiewali, że są „młodym zwycięskim proletariatem”, w obu przypadkach chodziło jednak o wypracowanie emocjonalnego poczucia wspólnoty i zapisu „podobieństwa” na ciałach wykonujących w jednym rytmie i na gwizdek wszystkie czynności. Por. Zygmunt Morżkowski, Wycieczka po koloniach letnich, „Gazeta Polska” 1901 nr 178, s. 1–3. 

  68. W tekście wykorzystane zostały fragmenty pracy magisterskiej pisanej pod kierunkiem dr Iwony Kurz w Instytucie Kultury Polskiej UW.